Jako że znam Vikingów to myślę że w ramach Archońskiego obowiązku trza by zareklamować ich bloga. Tym bardziej że można na nim znaleźć temat mi nie obcy czyli staniki i dupy. Tak więc reklamuje blog Anki który można znaleźć tutaj: http://chwilkablog.blogspot.com. Poza różnymi fajnymi fotami (widać ma talent babsko) można znaleźć również przemyślenia których chwilowo nie ogarniam, ale może kiedyś mnie olśni i dzięki nim osiągnę kolejny krok w podboju wszechświata. A tymczasem zachęcam do zwiedzania wskazanego miejsca.
Dzisiaj będzie bardzo ważny post, na bardzo ważny temat którego w ogóle (kurwa kiedyś nauczę się pisać to słowo poprawnie, bo ciągle pisze je łącznie i mi się na czerwono podkreśla co mnie strasznie irytuje !) nie rozumieją kobiety. A mianowicie facet i kibel.
Tak więc drogie panie po pierwsze primo: Kibel zwany WC’tem nie jest torem wyścigowym. Nie idziemy tam aby walnąć kupę na czas. Skoro idę tam to znaczy że mam taką potrzebę i spędzę tam tyle czasu ile potrzeba. Zapewne nie jeden z nas samców spotkał się z marudzeniem typu: Ile tam jeszcze będziesz siedział ? albo Co ty tam robisz ?. Odpowiedzi zawarłem powyżej… siedzę aż skończę, a robię kupę
Nie przez przypadek zwie to się przybytkiem króli, bo podejrzewam że król też lubiał siąść sobie w ciszy i spokoju i np oglądnąć koronę albo zaplanować komu dojebiemy w tym roku. Toaleta jest naturalnym miejscem rozmyślań i kontemplacji pozwalającym nam oczyścić umysł (i ciało). Jak to zazwyczaj bywa oczyszczanie umysłu (i ciała) zanieczyszcza otoczenie (w końcu ilość czystości we wszechświecie jest stała, czyli skoro ja jestem czysty to coś innego przestało być (np. powietrze)). Na pytanie pod tytułem: Co ty jadłeś ? Odpowiedź w większości przypadków jest: to czym mnie nakarmiłaś 
Rozwijając temat co można robić w kiblu:
- przechodzić kolejną plansze gry – w końcu umysł może się odciąć od rzeczywistości i osiągnąć odpowiedni poziom skupienia,
- czytać opisy na dezodorantach – poszerzamy wiedzę z chemii (co to k** jest izopropylen), geografii (skąd do nas przeleciał ten pojemnik i dlaczego to są chiny), oraz marketingu (co za zjeb wymyślił zapach morski, i czy on kiedyś był na plaży i dostał glonem w pysk ?)
- opracować nową zajebistą taktykę – mając na kolanach kodex Darków można wpaść na rzeczy których normalnie się nie da wymyślić np.: doktryna Happy & Deadly, albo Web Way na Scroudgach.
- Zastanowić się czemu ten jebany Access Violation wyskakuje chociaż nie powinien.
- przemyśleć co się dzisiaj zrobiło, a czego nie ?
I wiele innych. Tak więc drogie panie, odrobinę wyrozumiałości w końcu my wam nie przeszkadzamy jak wy przez godzinę używać kompletu małego chemika na sobie (dla niewtajemniczonych chodzi o kosmetyczkę).
Dzisiaj mam zamiar napisać o 2 sprawach, dla pewności wypiszę je na początku aby o nich nie zapomnieć na końcu:
1) Podróż przez Szkoplandię
2) odpowiedź na pytania zagubionych internautów.
Szkoplandia.
Przed-ostatnim razem gdy ma dupa została zawieziona w okolicę Dziwnowa rozważaliśmy z Aśką czy nie warto bryknąć przez Niemcy. Mają fajne autostrady i w ogóle pełen wypas, ale mieliśmy wątpliwości bo żaba trochę chorowała więc sami rozumiecie (niemieccy oprawcy nie znają litości przy holowaniu podobno). Ale ostatnio żaba się wyleczyła (w 90%) mieliśmy wsparcie elektroniczne więc podjęliśmy śmiała próbę jazdy przez Niemcy. Ale po kolei (bo kurde (ha nie przeklinam madafaka !!) nie może być u Tostera za prosto):
1. Czwartek godzina 21, okazuje się że w Noki 5800 z Ovi maps nie ma wgranych Niemiec. Spoko luz postanowiłem skalać Pikusia plugastwem znanym jako Nokia PC suite. Wszystko cacy fajnie, zainstalowałem, konfiguracja nokii aby się spieła z moim routerem WIFI i co ? I dupa, PC suit nie może współpracować z nokia po wifi…. Oczywiście bluetootha nie ma w Pikusiu. Sięgnąłem do pokładów mojej wiedzy tajemnej i powiedziałem tak: Makaron ci w żyć, wezme kabel do sony ericcosna, wgram mu plik (280MB) plik później przez bluetootha wgram na nokie, a na nokii zainstaluje. Nie wyszło
Program nie miał opcji instalacji z pliku w filesystemie nie mówiąc o czymś tak trywialnym jak ściągnięcie z sieci (po wifi) tego co trzeba…. Dobra szybki skan gg i namierzyłem kumpelę w polu bliskim z odpowiednim kablem. 15 min później miałem kabel. Wepchnąłem go noki w dupsko i przyczepiłem do Pikusia. Oczywiście W7 powiedział: Nie mam kurwa pojęcia co to za szmelc jest na drugim końcu kabla i nie będę z wym gadał w żadnym znanym mi narzeczu. Curwa. Ale spoko me drażliwe spojrzenie padło na Fruwaczka (nazwa kodowa lapciaka Aśki), zanim się biedak zorientował zapodałem mu kabla i dopchnąłem softem. Nokia się skumała z większym bratem i było słodko…. Zanczy słodycz się skończyła w momencie updatu map bo te za ch*** nie chciały się wgrać bo … bo nei wiem czemu bo jebaniec nie zgłaszał żadnego błedu. Po 1.5h zirytowałem się, znalazłem jakiś arts gdzie gościu z grubsza opisał co jak i gdzie dograć z ominięciem całości. Tak też zrobiłem. Po ~2.5 h jebania się z tym Hi-techem nokia nauczyła się wszystkiego o Polsce i Niemczech (po drodze zapomniała jak się mówi na głos bo w ferworze walki smrnąłem za dużo plików, ale cóż ofiary muszą być).
Ok rano zapakowaliśmy żabę i pojechaliśmy w siną dal. GPS zrobił nas w bambuko i pokierował dłuższą trasą do Niemiec ale trudno. Gnamy przez szkopie, jest zajebiście lasy buczą, muchy nie mogą żaby dogonić jednym słowem sielanka. Około 10 km od berlina, bateria Nokii mówi “Sayonara frajerzy” i nokia gaśnie. Z siły rozpędu wjebaliśmy się w odbyt Berlina w godzinach szczytu….. Przewińmy czas o 1.5 h, Toster + Asia + Żaba pojawiają się z drugiej strony Berlina. Po drodze wypytaliśmy jakiś Polaków o drogę na Szczecin i najprostrza wiodła przez pewną autostradę blisko punktu rozmowy w kierunku Hamburga, zaraz będą znaki…. Cóż ja znaków nie widziałem, dojechaliśmy po jakimś czasie na stację i tam zmolestowałem jakiegoś hansa. Oczywiście wysłał nas na Szczecin przez Hamburg, kurwa. Trafiliśmy do stacji nr 3, gdzie trafiliśmy autostopowicza który uwaga…. mówił płynnie po Angielsku !! Ta da pierwszy w Niemczech ! Pokazał nam mapę i stwierdził że jedziemy w przeciwnym kierunku i zjechaliśmy koło 100 km od właściwej drogi. Pokazał co i jak i kazał nawrócić (tyle że kurwa nie było jak, wiec pojechaliśmy dalej na Hamburg). Po kilku kilosach zjechaliśmy na stację i poszedłem kupić mapę
(po drodze zmolestowałem Stelmiego ale to inna bajka którą pominę ;P). Obsługa na stacji Shell składała się z pani nie anglo języcznej i pryszczala który twierdził że jako tako gada po ang. Więc pytam pryszczala gdzie są mapy tej plugawej krainy, na co on mówi że nie mają map. Nic to zapłaciłem za bęzyne ale myślę: Kurewa niemcą ufać nie wolno w końcu nie przez przypadek Wanda Niemca nie chciała. Przeszedłem się po stacji i już po 5 krokach od kasy tuż a winklem widze półkę 3×1.5m pełną map wszystkiego w okolicy 1000 km…. Po odnalezieniu się na mapie dotarliśmy do Dziwnowa w okolicach 22.00 (wyjechaliśmy koło 10.00). Mission succesfull.
Teraz odpowiedź na pytania, które dręczą internautów, a które wścibskie google mi zareportowało i tak:
5 osób spędziło koło 18 min na moim blogu szukając informacji o “stanik męski”. Niestety nie potrafię im pomóc, nie potrafie sobię wyobrazić nawet do czego takie coś ma służyć. Może chodzi o tęblak brzuchowy który można używać do utrzymywania wielkiego bebzona ?
6 osób szukało odpowiedzi na pytanie “gdzie sa bajty tostera”. Tutaj sprawa jest dosyć prosta. Bajty Tostera są w Pikusiu, dla spragnionych pikantnych szczegółów nadmienie że w łępetynie pikusia mieszczą się 2 miliardy bajtów, natomiast na HDD trochę więcej, wypisze partycjami, może się komuś przyda:
C: (Maurycy) -> 80 228 642 816 bajty
D: (Syriusz) -> 20 974 428 960 bajty
E: (Havranek) -> 79 808 561 152 bajty
F: (Nostromo) -> 29 364 215 808 bajty
G: (Stealh) -> 29 676 777 472 bajty
I: (Makowka) -> 20 974 428 960 bajty.
Ostatnim nurtującym pytaniem (poza okiem chorego programisty) była fraza “cipy z ciepłowód”. Tutaj możliwe są 2 odpowiedzi:
1) Rozważny hipotezę a, ciepłowody są miejscowością w Polsce. Osoba chce zobaczyć pipke kobiet z tego miasta może tego dokonać np tutaj
2) Przeanalizujmy hipotezę alternatywną, ktoś chce zobaczyć cipę która była w ciepłowodzie. Wymaga to stworzenia odpowiedniej instalacji z ciepłą wodą na tyle dużej aby zmieścić tam kobietę, ponieważ zadanie to nastręcza poważnych problemów natury technicznej proponowane jest podejście alternatywne. Po nakłonieniu kobiety do współpracy należy wsadzić ją do wanny z ciepłą wodą i dokonanie analogicznej obserwacji.
Wczoraj oczywiście minął termin kiedy to nasz specjalista z tartaku miał oddać kabone. Jak zapewne się spodziewacie nic do mnie nie wróciło no bo i po co ? Tak więc zacząłem wdrażać plan alfa-czarli-6-k8. Czyli wzięcie jakiegoś młotka i jebniecie panu, w sensie metaforycznym oczywiście gdyż jestem osobą miłującą pokój i harmonię. W pierwszej fazie zadzwoniłem sobie do różnych rzeczników konsumenta, izby handlowej i kumpla Romana którego to pozdrawiam, a przy okazji zareklamuje kancelarię w której pracuje można ją znaleźć tutaj. I teraz już wiemy że dałem trochę dupy, ale nie jakoś strasznie. Tak więc po kolei, trzeba napisać ładne pismo w którym to piszemy do Pana że zlał nas strasznie w związku z czym jesteśmy strasznie wzburzeni i wypowiadamy mu umowę, a on ma oddać zaliczkę + karę. Pismo to wielkiej mocy upychamy do koperty, i wysyłamy turbo poleconym listem, z pingiem zwrotnym odebrania do danego Pana. W piśmie piszemy że na 2 tyg. na to albo będzie źle. Jak nas Pan zleje. To robimy mu ponowną notyfikację, tym razem dajemy mu tydzień. Czyli doliczając do tego latencję poczty w pesymistycznym wariancie (czyli takim jaki jest typowy dla programistów) będziemy się z tym jebać (2 + 1) + (1 + 1) = 5 tygodni, chujnia no ale cóż… Jeśli ten Pan w ciągu 5 tygodni nie wyskoczy z kabony to możemy jebnąć mu orbital strike w postaci sądu oraz nasłać na niego inkwizycję w postaci Krajowego Rejestru Długów. Zarówno rzecznik konsumenta jak i Izba Handlowa mogą mu skoczyć bo ich jedyne uprawnienia to możliwość mediacji… Cóż więc jeśli zostanie nam sąd to nie ma tragedii bo musimy zapłacić 5% tego o ile się ubiegamy od kolesia i zakładamy sprawę. W oparciu o umowę oraz nasze pogróżki o których wspomniałem wcześniej sąd może powiedzieć: “Ja jebie Toster, ale cie koleś dymał… Ale nie bój żaby, ja super sędzia Dred ukarzę tego złoczyńce i zajebie mu karę”. Jak już przyjdzie do sądu to oczywiście można sięgnąć po środki dodatkowe poza umową i zgodnie z tym co mi Roman zaimputował możemy ponarzekać jaki to ja skrzywdzony byłem, czyli:
1) zwrot zaliczki
2) kara z umowy
3) odsetki ustawowe od kary (liczone od końca terminu z pierwszej pogróżki)
4) moje straty wynikłe z tego że musiałem wziąć inny droższy zakład (różnica w cenach)
5) moje straty na budowie wynikłe z opóźnień (zmiana cen materiałów, przesunięcia ekipy, itd)
6) moje straty wynikłe z opóźnień dodatkowy okres wynajmowania mieszkania
Na co sędzia Dred się zgodzi, a na co nie ciężko powiedzieć ale trzeba mu dać jakąś pożywkę aby czuł że pełni swe obowiązki jak należy. I znowu jak to Roman powiedział: “Spoko Toster, zbieraj powoli kwity i wszystkie dokumenty, podliczaj i nie śpiesz się”. Czasu na to mam min 2 lata max 10 (w zależności od umowy i czegoś tam jeszcze). Tak więc sami Państwo widzicie że zastosujemy standardową Dark Eldarską technikę defensywną (bez głupich komentarzy Eman…) i zobaczymy co z tego wyniknie.
Over & out.
Tak więc zeszłego nudnego piątku kiedy to żona dziewczę moje pojechała na wyjazd integracyjny, ja siedziałem i ścierałem się z jebanym SCJD. Czas mi radośnie płynął kiedy to stwierdziłem że pierdole nie robię. Z prędkością 200 kliknięć na minutę zinwigilowałem sieć bliską (czyli strony które periodycznie przeglądam) i stanąłem przed nie lada wyzwaniem. Cóż kurde z sobą począć w ten radosny wieczór. Na szczęście usłyszałem radosne szepty z kuchni, poszedłem zobaczyć co tam szepce a tam 3x 0.66 Hainekena macha do mnie łapkami. No to chwyciłem butelache nr 1 za szyję (niech wie zaraza kto tu rządzi) i przyczłapałem do Pikusia. W czasie aplikowania mojemu zdezelowanemu układowi nerwowemu alkoholu naszła mnie diaboliczna myśl. Wejdę na czat ruletkę ! Szybki skan wiki i znalazłem URL’a który mnie interesił. Wbiłem i pierwszy problem, chce zaraza ode mnie kamery. Spoko lajcik nie taki sprzęt już instalowałem, wsadziłem mą kosmatą łapę w półkę obok i wyciągnąłem wijącą się kamerę. Zaaplikowałem pikusiowi kabla w odpowiednią dziurę i wsłuchałem się w jego narzekania że nie wie co od niego chcę. Cóż zmuszony oporem krzemiaka pogmechtałem we wnętrznościach strony Crativa i wydobyłem manuskrypt opatrzony opisem “Drivery dla pieprzonej kamerki”. Pikuś łyknął jak mały rekinek i udało mi się zaspokoić skrypta na stronie czat rulety. Fak, ale to nie koniec. Bo nic się nie dzieje, moje sprawne oko szybko namierzyło kilka guzików (bez labeli, żeby nie było) i metodą eliminacji małpiej (zrandomizowane klikanie) udało mi się ożywić ruletkę….Oczom mym ukazały się….. penisy. Liczba mnoga bo co prawda zazwyczaj pojawiał się jeden na raz, ale zmieniając rozmówców pojawiały się kolejne fujary. Po kilku klikach pojawiła się ludzka twarz. Ogólnie rzecz biorąc po 30 min klikania udało mi się porozmawiać z jedną osobą (jakieś 2-3 minuty) i to tyle. Poza faktem że strona jest zjebana na mojej operze to jej zawartość jest równie zjebana co skrypt. Ale nic to, w końcu wieczór się dopiero zaczął przeszukałem Polskę czy aby nasi lokalni informatycy nie zrobili czegoś podobnego tylko lepszego. I bingo trafiliśmy na taka stronke. Tutaj całość chodziła ładnie, content też był ciut lepszy. Znaczy trafiłem 2 dziewczyny i koło 18 facetów i jednego penisa. Cóż warto dodać że faceci wszyscy byli rozebrani do pasa i prezentowali co mieli najlepszego czyli mięśnie, może da się tak laskę wyrwać na necie nie wiem. Trafiłem jeszcze z 2-3 gości równie znudzonych co ja oraz kobite (jedną z tych 2) która namiętnie szukała rozmówcy z którym gadała i niechcący się rozłączyła. Reasumując:
- czat ruletka ssie, na koło 2 h zabawy z różnymi jej odmianami (nie wspominam o wszystkich stronach które zwiedziłem) było słabo,
- jak masz mało lat i nie interesuje się męska anatomia to daruj sobie ruletkę,
- świat jest pełen pojebańców którzy chętnie pokażą ci fujarę, nie wiem co prawda po co ale może to im pomaga w codziennym życiu.
W ramach eksploracji Wrocławia w dniu dzisiejszym nawiedziliśmy brygadą 2 knajpy: Brazyliane i Sezam. Krótko o nich.
Brazyliana jak sama nazwa wskazuje stylizowana jest na styl hameryki południowej, lokalik schludny z minimalną dozą klimatu. Niestety kojarzy mi się nieodparcie ze sfinksem czyli fast foodem. Żarcie (bo nie jest to pub tylko “restauracja”) niestety jest takie sobie, jeśli chodzi o smak to nie rzuca na kolana ale też nie odrzuca. Niestety jeśli wziąć pod uwagę ilość i skład pokarmu to jest słabo, sałatki tyle co kot napłakał ryżu niewiele więcej. Tak więc raczej nie polecam, wpaść można ale bez szału.
Po opuszczeniu wspomnianego wcześniej lokum poszliśmy poszwędać się dalej, padł pomysł że może do Sezama popykać kulki. Od słowa do czynu u nas niedaleka droga tak więc po kilku chwilach byliśmy na miejscu.
Sezam.
Klub bilardowy, w miejscu w którym nikt by się go nie spodziewał, czyli wchodzimy do dużego biurowca, tajne schody na pierwsze piętro i jesteśmy. Lokal od razu skojarzył mi się z Al capone, podobny wystój do tamtych lat, podobne oświetlenie. Stoły do bilardu sztuk chyba z 20 w tym wielka snookerowa locha. Jest i barek (a jakże) ale ceny to gwałt analny na moim portfelu, nic to wzięliśmy kije w dłoń i ponapieprzaliśmy bile. Czas minął szybko i przyjemnie, ogólnie lokal mogę polecić z czystym sumieniem o ile twój portfel nie ma nic przeciwko dymanku od tylca.
Na tym kończę dzisiejszy raport, i tak sympatyczny serwer udostępni go za 4 dni dla szerszej publiki
Tak tak proszę Państwa taki dzień nie mógł przejść bez echa przez blog takiego sexisty jak ja. Dla osób niewtajemniczonych dzisiaj znaczy 30 maja jest wspomniane “święto”. Przejrzałem szybko net aby zobaczyć z czym się to je. Hmm.. podobno kobiety nienawidzą staników zwanych również biustonoszami (błędnie bo z tego co znalazłem to stanik to jedno, a biustonosz to 2 gie). W ramach protestu wyrażanego jutro następuje w różnych miejscach świata publiczne palenie tej części bielizny (znowu się wkurwią ekologowie bo to sporo syntetyków, a jak wiemy palenie tego jest beee). Dowiedziałem się również że biustonosz jest “symbolem męskiej dominacji nad kobietę” madafaka nie mam pojęcia w jaki sposób niby to jest udowodnione/argumentowane ale nie mieści się to w mojej małej łepetynce. Tak więc drogie panie nie krępujcie się i śmiało zrzucajcie/palcie/deptajcie staniki. Ja jako męski szowinista odcinam się od tej całej otoczki propagandowo/politycznej, nie jest ona ważna. Ważne są uwolnione cycuchy cieszące mój wzrok :> A jak to mam w zwyczaju skoro już przy tym jesteśmy to ogłoszę kolejny bez odzewowy konkurs z zerową liczbą uczestników: Zapraszam do przesyłania zdjęć upamiętniających dzień bez stanika 
Na tym kończę wpis dzisiejszy, jak to mawiał mistrz Yoda (poza kadrem): Niech cycuchy będą z wami !
Dzisiaj ponarzekamy sobie na pana z tartaku, tartak się zowie Bomar i można do niego napisać na maila margus@margus.eu.pl. Otóż odradzam wszem i wobec współpracę ze wspomnianą firmą gdyż osoba go prowadząca jest totalnie niepoważna. Ale po kolei, cofnijmy się w czasie o około 5 tygodni. Zafrasowany Toster poszukiwał sobie tartaku który by mu wystrugał trochę dachu. Po kilkunastu telefonach okazało się że struganie kosztuje ~650 zl/m3. Jednakże była w tej średniej pewna anomalia zwana BOMAR, która oferowała 580 zl/m3. Po naradzie z budowlańcem podjąłem decyzje że wciągamy ich. Umówiłem się na podpisanie umowy i wziąłem ze sobą budowlańca żeby mieć wsparcie technologiczne. Pitu pitu z tartakowcem wszystko niby cacy, umowa podpisana tylko… Drewno za 4 tyg. na co mój budowlaniec że coś długo inne tartaki to robią w tydzień. Tamten coś tam popierdolił że ma dużo zleceń i coś tam że zupa słona, że potrzebuje zaliczki 30% na zakup drewna bo on ryzykuje straty itp. Ok niech będzie ta zaliczka kij mu w oko, ale budowlaniec na to że co będzie jeśli się pan nie wyrobi w terminie. Na co tamten że zgodnie z umową tak jak prawo przewiduje taka kara itd. Na co budowlaniec że w takim razie wpiszmy do umowy że jak nie będzie na czas to 10% od całości kary się należy. Tak sobie panowie pogadali i się rozeszliśmy (10% dopisaliśmy do umowy). Po drodze mój budowlaniec mi mówi że kojarzy kolesia i że są z nim problemy, że 3 lata temu u niego brali drewno i ogólnie miesiąc poślizgu. Dobra myślę pożyjemy zobaczymy. Mijają 4 tyg. zero odpowiedzi od tartaku, telefonów nie odbiera przez 3 dni, nie wiem czy mam ekipę ściągać na budowę czy co. Nastał dzień 4 ty kiedy próbuję się dodzwonić notabene poniedziałek kiedy to ciężarówa powinna się pojawić pod mym bunkrem. I co ? I wiadro, pan dzwoni że jego komórkę miał ktoś inny i nie wiedział że dzwoniłem, a więźby nie ma bo nie dowieźli mu drewna. To pytam: kiedy ? No na środę za tydzień. Spoko, ale coś mnie tknęło i za 2 dni dzwonie ponownie (środa) czy ma już drewno ? Nie nie, bo coś tam nie pamiętam co, ale zadzwoni powiedzieć co i jak. Mijają dwa dni jest piątek dzwonie do niego że miał zadzwonić i powiedzieć co i jak i o co kaman ? On na to że wciąż drzewa nie ma i że jedzie do nadleśnictwa bo coś tam. To mu mówię że jak na środę nie będzie to się żegnamy. Ok będzie będzie – tyle usłyszałem. Dzwonie w poniedziałek, dowiaduje się że gościu jest w nadleśnictwie i będzie wracać z drewnem i jak będzie w tartaku to zadzwoni. We wtorek nie odbierał (oczywiście też nie zadzwonił), jest środa dzwonie do kolesia. Na co on że spoko spoko będzie na sobotę, ale ja mu mówię że zgodnie z tym co mówiłem w piątek nie ma drewna to nara. Trochę się zmarszczył ale ok nic nie burknął tylko wspomniał że zaliczka jest w drewnie i może ją (i karę) oddać jak to sprzeda. Tak więc czekam aby zobaczyć kiedy wróci do mnie kasa. Tak oto zakończył się ten epizod. W międzyczasie zadzwoniłem do 2 giego tartaku, gościówa jak usłyszała ile czekałem na więźbę to jebnęła śmiechem. Powiedziała że więźbę będę miał na poniedziałek lub wtorek (dzwoniłem w środę). Cóż tak to już jest na świecie.
Po czym można poznać że idą wakacje ? Ano po wynikach google analitycs. Otóż w tym miesiącu frazami które przyprowadziły na mojego bloga najwięcej zabłąkanych duszyczek to ‘Dysgrafia’ i ‘Dysortografia’. Uczestnikom dziękujemy. Ale frazą która najbardziej ujęła me serduszko była: “mocniejsze od słoika w dupie”, niestety osoba która użyła tej kombinacji wyrazów była na mej stronie 00:00:00 s, więc czuje się ciut upadły moralnie. Nic to trzeba z tym żyć. Ponarzekałbym sobie jeszcze na wędrowców około powodziowych (takich fjutów i cipy co przechodzą koło ludzi układających wały i idą oglądnąć wielką wodę po czym wracają komentując jaka to tragedia) ale mi się nie chce, niech ktoś inny na nich ponarzeka. Ja za to chętnie bym oglądnął inny program w tv, nazwijmy go roboczo “Polowanie na ekologa”. W sumie nic tam do nich nie mam, niby słuszne czasami mają opinie tylko że poza blokowaniem nie słyszałem/czytałem o czymś co zaproponowali jako alternatywę i co dało się zrobić. Tak więc zasady byłyby proste, w wioskach/miasteczkach w których woda kicnęła przez wały. A wspomniane wały nie były upgradowane z powodu protestu ekologów odbywałby się wspomniany program. Najpierw informowałoby się ludzi o tym fakcie, a później w centrum lokacji deployowałoby się ekologa w kurtce z napisem “EKOLOG”. Policję łaskawie usuwało by się poza obręb miasteczka zamieniając funkcjonariuszy na operatorów kamer. Może taka akcja propagandowa w nowych pokoleniach ekologów wyrobiłaby nawyk “Konstruktywnej krytyki”. Ale wracając do wakacji na forach znowu pojawiły się pijawki z rzewnymi tematami typu “POMOCY, program na zaliczenie”. “O ja kurwa biedy, cały rok nic nie załapałem”, “Nie będę programistą więc od jebcie za mnie robotę”, cóż przyzwyczailiśmy się my wszyscy do tego folkloru. Z ciekawych zwrotów znalezionych dzisiaj na necie mam coś dla brygady Krakowskiej (Marcin & Eman Co.) nie wiem czy wam nie umknął zwrot: Donkey punch jeśli umknął to już macie uzupełniony słownik ;P
Napisałbym jeszcze o gościu który od 5 tygodni struga mi drewno na dach ale mam z nim jeszcze jutro pogadać (nie raczył oddzwonić mimo iż zarzekał się że to zrobi, ale kij mu w żyć) więc się chwilowo wstrzymam. Na tym kończę pitolenie późno nocne.
Jakiś czas temu (dla znudzonych polecam poszukać na mym pięknym blogu) marudziłem że powodzie rozpiżdżają nasz pikny kraj. Marudziłem wtedy że łatwiej jest dawać zapomogi, pomoce i inne duperele zamiast rozwiązać problem. No i mamy znowu wiosnę i zaczyna się cyrk od nowa. Jak sobie dzisiaj spojrzałem na Wyborczą to zobaczyłem nasz Kraków ciut przytopiony. Mój szpieg w postaci Olki doniósł mi że zaprawdę wielka woda powróciła i pół miasta pochłonęła (spoko bez paniki, to zwrot niedosłowny). Teraz czekamy aż naprawdę deszcz dojebie do pieca i ściana wody przetoczy się przez Polskę niczym po pociągnięciu za spłuczkę w kiblu. W sumie to dosyć fascynujące że miasto wojewódzkie które ma koło miliona pysków nie ma planu co by tu zrobić jakby nagle (w zupełnie niespotykany w naszej historii zarówno bliskiej jak i dalekiej) przez tydzień popadał sobie deszcz ze średnią upierdliwością…. Cóż pozostaje mi tylko powiedzieć: Stay tuned to next episode.